czwartek, 24 maja 2012

Rebelia prowincji


24.05. Z przedwczorajszego spotkania jubileuszowego Borussii można było łatwo wywnioskować, że celem pism regionalnych jest istnienie i że celem Polski jest Polska.

A gdyby tak włączyć do obrazu całości wszystkie wątki tej rozmowy – tego przede wszystkim, że żyjemy w znacznie szerszym kontekście i że znaczenie działań poczynionych w regionach ujawnia się na tle europejskim. Może tędy droga wyjścia z klinczu?

Klincz wieloraki: Niemożność wyjścia w dyskursie publicznym poza zakres języka przeciwnika, czyli – jak to nazwał Robert Traba – uprawiania ping pongu. (Znakomitą tego ilustracją było podchwycenie przez salę okrzyków łysych, usiłujących zagłuszyć Naczelnego Gazety Wyborczej.) I przedstawiona przez Adama Michnika niemożność wyjścia poza sprawy pilne, które wypierają w polityce i w mediach sprawy ważne.

A działanie? Jakoś dziwnie pominięto wypowiedź Piotra Mitznera o potrzebie współpracy, sieciowania inicjatyw. Bo ona dotyczyła działania właśnie. Już bardziej zauważony był górujący nad wszystkim obraz rosnących w sile inicjatyw regionalnych przedstawiony przez Krzysztofa Czyżewskiego. Przecież ten obraz opiera się na dostrzeżeniu całej konfiguracji działań łączących - tak jak jego ośrodek w Sejnach - sztukę, edukację, literaturę.

Podejrzewam, że pytanie „co chcemy robić” w większym stopniu wciągnęłaby widzów do konstruktywnego udziału w rozmowie. A na tym tle też łatwiej byłoby przemienić początkowy apel o wyjście z ping-pongu językowego na zaproszenie do uczynienia z języka narzędzia do działania. Rebelia prowincji? Myśleć globalnie i działać lokalnie.

Erdmute Sobaszek

niedziela, 20 maja 2012

Trzy pejzaże, trzy spotkania

W drodze do odległej suwalskiej wsi zatrzymujemy się u przyjaciół. K. jest stąd, prowadzi zespół i festiwal młodego teatru, S. jest z Rosjanką obwodu Kurskiego. Niedawno się pobrali.
K.: No wiem, tam przecież nieraz byliśmy. I w Moskwie i w Kazachstanie. Pytają się ludzie, czym się zajmuję, i ja staram się im tłumaczyć – no wiesz, teatr, projekty wielokulturowe … Że mnie to ciekawi, bo teraz ten kraj taki jednorodny, a ja mam babkę tatarską. – To patrzą na mnie jak na wariata: - Co w tym ciekawego?! – Tam każdy ma babkę Tatarkę. Jak ktoś miał czterech dziadków, to każde z nich mogło być innej narodowości. Nie było granic.
S.: U nas jak ktoś ciemniejszy, to przeważnie Buriaci … sprzątanie, wywóz śmieci … wszystkie gorsze prace. Nie zobaczysz Rosjanina.
K.: A ja się tak wychowałem, że nie wiedziałem, co to granica. To się teraz nauczyłem. Najkrótsza droga do nas z Kurska to przez Wilno. Ale nie, tam tory przez 25 km prowadzą przez Białoruś. Nie przejedziesz.
M.: No, chyba że załatwisz sobie wizę.
(Mówią naraz – K., S., W. i M. – Litania na cztery głosy.– Kolejki, terminy, pieniądze. I dziwne przywileje, jakie w konsulatach mają firmy pośrednictwa od prowadzenia formalności wizowych. Zgiełk.)
S.: A najgorszy to polski konsulat. Trzy razy musiałam przyjechać. (Z jej miejscowości do Kurska jedzie się cały dzień).
K.: Tam stoisz na deszczu pod płotem.
S.: Miałam zaproszenie kulturalne. Jak się doczytała (pani w okienku), że to zaproszenie na realizację projektu, to znowu odesłała. Że niby to do pracy zarobkowej.
K.: Szukają tylko powodu, żeby wizy nie dać.
_____________________
Następne spotkanie w tej podróży to nie rozmowa ludzi. Raczej monolog. Monolog rzeczy wydobytych z ziemi wsi, do której się wybieramy z wiosennym kolędowaniem. A. jest malarzem. Przyjeżdża tu na wiosnę, jesienią wraca do miasta. Widzi. Przechowuje. Ręcznie tkane chodniki, wyszywana makatka, śrutownik z koła młyńskiego obracanego z pomocą drewnianego drąga, narzędzia wykute w wiejskich kuźniach, żelastwo. Odważniki zegara w kształcie szyszek. Kółeczka i pokrętła – części zegara innego rodzaju: nastawnika czasowego do szrapnelu, broni z pierwszej wojny światowej. (Nastawia się precyzyjnie czas wybuchu, który następuje jeszcze w powietrzu, wyrządzając tym większą szkodę.) Metalowy „różaniec” do czyszczenia karabinu. Pięcioramienna gwiazda z podobizną chłopaka imieniem Pawka – pioniera okresu stalinowskiego. Jego bohaterstwo polegało na tym, że wydał własnego ojca jako ukrywającego się przed komunistami  „kułaka”. Nabój od „Tygrysa” – ważąca dobre 10 kg, precyzyjna robota z dobrej stali, jakich każdy czołg wystrzeliwał setki.  Wszystko stąd, z tej ziemi.
__________________________
Chwilę później, kilkaset metrów stąd, w innym drewnianym domku. Leciwi gospodarze - Pani K. i pan H. - siedzą przy piecu kuchennym.
Pani K.: Czy tak się wychowuje dzieci?! Nie tak powinien był je wychować.
(Rozmawiamy o wspólnym, wieloletnim przyjacielu i jego synach. Przyjaciel , który po wielu perypetiach osiedlił się z trzecią swoją partnerką w Norwegii, odwiedził niedawno naszych gospodarzy, razem z synami z pierwszego związku. Opowiadali o wizycie chłopaków w Norwegii i o tym, że młodszy syn po tej wizycie nie chciał wcale wrócić do kraju.)
Pan H.: Przecież należy dzieci uczyć jakiegoś szacunku do swojego miejsca.
M.: Ale on sam tak ma - zawsze chciał żyć poza Polską. Nie może chyba dzieci uczyć czegoś innego. Pamiętacie może jak dawniej jeszcze marzył o Kanadzie?
Pani K.: Ale o tej … tej Ukraince (czyli o jego drugiej, byłej żonie)nic już nie mówi.
M.: Jakoś nie, widocznie nie utrzymują kontaktów. To była fajna dziewczyna.
Pan H.: Jej rodzice wcale nie chcieli tego związku, oni byli przeciwni.
Pani K.: Ci Ukraińcy, ja na nich nic nie mam, ale to zacięty naród. Każdy naród ma swoje grzechy, ale czego się niedawno dowiedziałam …
Pan H. (do żony): Gdzie masz tę książkę? Pokaż!
Pani K. (podsuwając W. wydawnictwo o zbrodniach UPA w Bieszczadach w latach powojennych): Ja bym się nie domyśliła, że można coś takiego robić! Zabić na wojnie to tak, ale tak męczyć, torturować! Trzy nocy nie spałam, nie mogłam się uspokoić. Jakby oni tu przyszli …
M.: To wojna sprawia, że z ludzi wychodzi bestia.
Pani K.: Żeby tylko zabić. Ale kobietom piersi odrzynali, dziecko przybite za język do stołu. Toż to barbarzyństwo, nie ma gorszego.
Pan H.(usiłując zachować mimo wszystko dystans): K. zaraz by chciała wszystkich … Teraz przecież nie ma wojny.
Rozmawiamy jeszcze o zbiorowej mogile za wsią w lesie, gdzie Niemcy pogrzebali żywcem kilkunastu kobiet i dzieci. Opowieść o tej zbrodni brzmi dziś tak żywo jak pierwszy raz, kiedy ją usłyszeliśmy dwadzieścia lat temu.


wtorek, 15 maja 2012

Słowomyśli na okazję ukazania się książki


W.S. (Wacław Sobaszek)
Węgajty, 2go lutego 2012

Zapis słowomyśli na radosną okazję ukazania się
książki Wei-Yun Lin-Góreckiej, pt. „Wiersze przeciętne”


Dziękuję Ci, że napisałaś o Szymborskiej
akurat w dniu, kiedy ona zmarła
część mojej pustki wypełniła się
to nie chodzi, że ona tak ważna była i wielka
swoje teksty o jej śmierci przysłały też Jeanine i Muriell
pustki i tak się nie zasypie
ale chodzi o to
że ja czekam na twoje
choć sam nie pamiętam o tym
a ty przysyłasz je mejlem
akurat wtedy, gdy najbardziej potrzebne
kiedyś chciałaś zrobić światowy festiwal poezji elektronicznej
a ja mam światowy gdy czytam twoje wiersze
scalają mi się dwie półkule
twoja chińska staje się moją kołyską
łupinką na falach oceanu
i tak wzmacnia się we mnie instynkt i zaufanie
i przez to pioruńsko mocno działają na mnie
opisy polskiego świata
pejzażu pieśni i stoczni polskich
solidarnych matek i Ojców Bogów
posklejane z rozmówek polsko polskich
kawiarnianych i napisów na murach
oraz ćwiczenia z logiki w polszczyźnie łaciną podszytej

mam je teraz przed sobą
jak chciał Gutenberg
porządnie poskładane czcionka śliczna ilustracje komentarze
językowe trzy światy
z podziwem przechadzam się w tym pierwszym
chińsko tajwańskie parki i nirwany
w drugim poszukuję śladów Jima Morrisona Jaggera
ten trzeci pełen jest wspomnień sprzed roku już ponad
czytelnika elektronicznego chleb powszedni
twoje męki i uniesienia
czyli kronika ciąży
jak 9 bram
(taki był tytuł książki pewnego chasyda z Pragi)
9 wtajemniczeń dla kogoś kto nigdy nie urodzi
i nie odrodzi się
i swego żywota ani ciała nie przedłuży bo niekobietą jest
pamiętam jak każdy odcinek tej kroniki
podszyty fizjologiczną męką
prawdziwą
był dla mnie silnym szturchnięciem kosmicznym
i politycznym przewodnikiem po njusach
mrocznych labiryntach torturach
wojna koreańska wisiała na włosku
nieraz dreszcze przechodziły mnie
bo pisałaś o czymś
rzecz okrążając
i nagle to już jest to!
pisząc o twarzy rodziców
pisałaś po ich twarzy dwa razy
to był prawdziwy dramat nieprzeciętny
bo czekało się dziewiątego miesiąca
i jego końca że nadejdzie
no i nadszedł
zapach siarki trzęsienie ziemi 100 ofiar
i mały Jędruś
Bulbus kozioł
syn kozy Wei

a dalej nowsze wiersze
pisane tylko jedną ręką
bo druga kołyskę całkiem realną musi bujać
albo pierś podawać małemu
podczas gdy na półce Biblia a obok Ha Jin

twój wiersz to krzyk wolności
twój wiersz to ból
twój wiersz to nadzieja, że nadejdą lepsze czasy
będzie miłość, kwiat w doniczce i interkulti

w końcu wszystko się spełni
jak w tym tekście ostatnim
tabula rasa
gdy czytam go coś się ze mną dzieje
mam pomysł na spektakl
i jak powiedział kiedyś Tarkowski: znowu jestem zakochany

Poezja, tłumaczenia i małżeństwa


To było trzy miesiące temu. Dzwonił telefon, W. rozmawia dłuższy czas z P. Żona P. – poetka W.Y.L. – pochodzi z Tajwanu, zajmuje się w tej chwili tłumaczeniem, m.in. Brunona Schulza i Szymborskiej na język chiński. Na spotkaniu „Interkulti” będzie czytała swoje opowiadanie „Akordeonista i jego żona”.
M.: Jak tam u nich?
W.: Już spokojnie. Nie wiem, czy ona zostanie, ale P. rozmawia z dystansem. Mówi o jej książce jak profesjonalny menadżer. (Chodzi o wiersze W.Y.L., wydane w ubiegłym roku w Taipei w tomiku „Wiersze przeciętne” w trzech językach: chińskim, angielskim i polskim. Każdy wiersz w swoim języku, bez tłumaczenia) On jest przekonany o jej genialności.
M.: To niesamowite, często byłam pod wrażeniem, kiedy nie poprawiał jej błędów językowych. A ona dzięki temu współtworzy język polski od nowa!
W.: Zobacz, jakie słowotwory polsko-podobne – Gdzieliście byli? – albo – Nosiła na sobie brązowatą szatę. To wymaga głębszej rozmowy z P. na temat interkulti. Ale my musimy koniecznie teraz rozmawiać o tym, co mamy robić w maju.
……………
Kilka dni później:
W.: Jest pytanie, czy robimy mini-festiwal, czy robimy serię małych rzeczy. A co z tak zwana majówką? To w tym roku cały tydzień.
M.: Pamiętasz, na początku jak rozmawialiśmy o tych planach, to był pomysł na cykl o mieszanych małżeństwach.
W.: Hmmmm. Ja to mogę teraz tylko widzieć w kategoriach dyskryminacji.
M.: ?? To na Bałkanach małżeństwa mieszane są dyskryminowane, ale tutaj? Ja nigdy nie odczułam czegoś takiego.
W.: Ty nie, ale chodzi o to, że pewne formy dyskryminacji odczuwane są bardziej przez drugie pokolenie niż przez pierwsze. Ktoś, kto tu się już urodził, będzie dużo bardziej wrażliwy na odsuwanie się od niego pozostałych. Widzisz to na Zachodzie: w społecznościach imigrantów, na przykład z krajów arabskich, dopiero drugie pokolenie się radykalizuje.
M.: To z tym drugim pokoleniem pewnie rzeczywiście tak jest. Ale i tak nigdy nie zauważyłam tutaj dyskryminacji w stosunku do dzieci z mieszanych małżeństw. Musiałabym się zapytać J. (To jest syn W. i M.) Mi się wydaje, że jak ktoś się urodził w mieszanym małżeństwie, to pewne rzeczy po prostu inaczej widzi. I trudno mu się zgodzić z mainstream-em. No to się dystansuje. Ale ja myślałam o temacie mieszanych małżeństw z innego powodu: dlatego, że one dużo więcej wiedzą: wiedzą, że interkulti jest trudne i opracowały sposoby, jak razem żyć.
W.: To co, uważasz, że nasze dzieci, nie były dyskryminowane w związku z tym, że pochodzą z mieszanego małżeństwa?
M.: Nie wiem, czy mogłaby się pod takim stwierdzeniem podpisać.
M. (zmieniając nieco temat): Ale jeśli chodzi o planowanie spotkania „Interkulti” musze ci jeszcze jedno powiedzieć, choć nie mam to jeszcze poukładane. Powiem tak trochę „na brudno”. Chodzi mi o zjawisko translacji. Musimy to w koncepcji całości uwzględnić. Bo to jest w podobny sposób częścią naszej rzeczywistości jak interkulti. Nie chodzi mi tylko o translację z języka na język. Jest tyle różnych grup, nawet w obrębie jednego języka, które ze sobą się nie komunikują: starzy z młodymi, biedni z bogatymi, kibice z anarchistami. To się bardzo mocno z tym wszystkim wiąże. Zobacz jak olbrzymią rolę teraz odgrywają ludzie, którzy są „pomiędzy”. Jaka jest rola tłumacza, negocjatora, mediatora. Bez tej funkcji nic nie działa. Po prostu społeczeństwo – albo mówiąc z patosem „społeczność ludzka” – jest teraz zupełnie inaczej zbudowane. Łącza przebiegają w poziomie, jak w sieci. Nawet w sztuce to masz: jaką rolę teraz odgrywa kurator albo animator kultury – jest tak samo twórcą jak malarz czy reżyser.
W.: Tak, tą twoją myśl o translacji musimy jakoś uwzględnić w tym projekcie.

niedziela, 6 maja 2012

Lektura i pisanie


M. (myśląc ostatnio wyłącznie o lekturze książki R, Marshalla W kanałach Lwowa, podstawy filmu A. Holland W ciemności): … Wiesz, tego nie było w filmie: Oni odkryli, że kanał został zaczopowany trupami tej drugiej grupy Żydów. Tam był doktor, który wszystkim wstrzyknął cyjanek, a na końcu sobie. I Socha, jak się dowiedział, kazał im natychmiast wyrzucić te trupy do Pełtwy, bo inaczej byłaby cofka.
W.: (przez dłuższy czas je śniadanie w milczeniu, pogrążony we własnych myślach) …………………. Chciałem ci to pokazać (podsuwa M. swój otwarty notes, w nim wiersz)
czkawka
pamięci
zbiorowej
namnożyło się
plugastwa
żydostwa

po latach
względnej
pustki
samotnej
poprzedzonej
czystką
dziejową
gruntowną

znowu
ta sama
śpiewka
z jedną
zmianą na temat
plugastwa
islamu
co mnoży się szybciej niż my
……..

Powiedz, jakie to? Od strony formalnej?
M.: Bardzo klarowne. ……………………………… Nie wiem, dlaczego, ale miałam skojarzenie. W miejscu słowa czkawka zobaczyłam słowo cofka. Cofka – takie hydrauliczne słowo.

czwartek, 3 maja 2012

W poszukiwaniu tematu warsztatu maskowego


(To było w lutym, przed warsztatem zapustnym, z udziałem E. - współzałożycielką stowarzyszenia Labsa w Dortmund i aktorką Teatru Wegajty - która właśnie wróciła z podróży do Maroka)

W.: … Tak, ja w tym roku też zrobię sobie maskę. Popracuję w tym kierunku jak w zeszłym roku.
M.: Hmmm, ja jeszcze zobaczę, nie wiem, czy dam radę.
W. (Już myślami gdzieś dalej, bliżej tworzeniu scenariusza pokazu): Dlaczego by nie wziąć pod uwagę nasze własne doświadczenie? To, że Teatr o mało co nie został zmuszony do zawieszenia pracy?
M.: Tylko pamiętaj, że ogłosiliśmy temat dużo bardziej ogólny – kryzys. Nie powinniśmy za dużo narzucić uczestnikom.
W.: A co? Przecież to właśnie kryzys. Na przykład to o czym mówił ten bezdomny we Wrocławiu – że był dom kultury, lekcje tańca dla ubogich dzieci. A teraz została z budynku tylko dziura. (To cytat z wywiadu B., przeprowadzonego w drodze na poprzedni warsztat) Albo jak przed chwilą E. opowiadała – miasteczko w Maroku z pustymi budynkami po kinie, po ośrodku kultury itd.
M.: Jasne, że to też kryzys.
W.: Ja bym wziął do tego na warsztat kawałki z paszkwilu (chodzi o blog mamykatarzyny, pastwiący się nad teatrem z pozycji prawicowo-nacjonalistycznej).
M.: A mi się kojarzy ten blog z ślepą siłą, z bezwładną eskalacją napięcia. Zamiast coś robić naprawdę, to się zwalcza przeciwnika. I to po obu stronach.
W. (znowu myślami gdzieś dalej): Tak czy inaczej, to co mnie najbardziej przeraża to statystyka wzrastającej islamofobii.
M.: Jasne. Z tym, że nie można zwalczać islamofobii poprzez to, że się zwalcza islamofobów.
W.: Czasami jednak …
E.: To mi się kojarzy z tym, jak ostatnio byłam przed Świętami w mojej ulicy w warzywniaku u Marokańczyka (E. mieszka w Bochum). Powiedziałam – No, wesołych Świąt chyba Panu nie mogę życzyć – Spojrzał tak na mnie zdziwiony. –   A dlaczego nie?? – I zaraz jakiś inny klient dorzucił – Może Pani, może!
teatrwegajty.art.pl. Obsługiwane przez usługę Blogger.