wtorek, 30 sierpnia 2011

z Węgier do Serbii


25.08.
Jesteśmy teraz w drodze do Czarnogóry, przejeżdżamy przez Serbię. Co było w Pécs, wydaje się stąd odległe, prawie nierzeczywiste. Inna planeta za granicą układu Schengen? (Baliśmy się trochę tej granicy, przygotowaliśmy się na drobiazgowe kontrole, pytania. A tu, na maleńkim przejściu w Bačkim Bregu – nic. Ani kolejki ani kontroli. Za posterunkiem pozornie to samo: ciągnące się wzdłuż ulicy wioski o trochę szwabskim wyglądzie. Ale już inne.)
Jedziemy przez Serbię. Światy równoległe. Tam, w Pécs – przepych bogatego mieszczaństwa z tradycjami, fajerwerki architektury miejskiej, renesans, barok, secesja, fasady, witryny. Tu – chałupki, niedokończone, zarzucone budowy, śmieci, za to rozmach i nieskrępowanie w zajmowaniu przestrzeni zewnętrznej, wszędzie stragany rozświetlone jeszcze o północy, bogactwo owoców niemalże rozlewające się na ulicę, kawiarnie uliczne pełne ludzi, nawet na wsi. Obecność ludzi. Uświadamiam sobie teraz, jak puste, bezludne były przestrzenie węgierskich wsi.
Wspaniałość Pécsu. Przestrzeń przyjazna, wszędzie woda pomagająca przetrwać upał, przy rynku brama rozpylająca orzeźwiającą mgiełkę na przechodniów, fontanny, kąpiące się dzieci. Żebracy. Saffy (Hajnal Szolga) tłumaczy nawoływania jednego z nich: „dajcie monety, dajcie monety, dlaczego nikt nie ma pieniędzy?” Saffy mówi, że coraz więcej jest na ulicy bezdomnych. Wyraźnie to się teraz czuje. Opowiada o dużej osadzie cygańskiej na  południu od Pécs. Relacje między Węgrami a Romami? Napięte, ale nie tak złe jak gdzie innej. Problemem jest przestępczość. Światy równoległe, przenikające się lub nie. Pytałam o relacje z krajami byłej Jugosławii. Czy temat budzi zainteresowanie? W mediach nie ma o tym dużo, ale dla ludzi w Pécs to nadal jest ważne. W czasie wojny miasto nagle napełniło się uchodźcami. Ludzie przyjmowali ich do swoich domów, powstały organizacje pomocowe. Od Pécs jest 70 km do granicy z Serbią i 40 km do granicy z Bosnią. W tej chwili, wspólnie z Katją (jeszcze jeden ciekawy szczegół: Katja, podobnie jak do niedawna Saffy, jest stypendystką programu menedżerów kultury Fundacji Boscha) pracują nad projektem bałkańskiego portalu fotograficznego, dużego przedsięwzięcia z partnerami m.in. w Serbii, Rumunii, Bośni. Zdjęcia z przeszłości, zdjęcia z teraźniejszości. Inny projekt Saffy: Cykl poświęcony Beuys’owi, finałem ma być duża akcja w przestrzeni publicznej miasta. „Projekt Saffy”, to niewłaściwe wyrażenie. We wszystkich działaniach ważna jest konfiguracja. Razem z całą grupą plastyków, fotografików, rzeźbiarzy, ludzi od wideo-artu prowadzą stowarzyszenie i do tego jeszcze stworzyli unikalne rozwiązanie: spółdzielnię artystyczną. Spółdzielnię w dosłownym tego słowa znaczeniu. Każdy z nich robi swoje rzeczy, ale wspólnie utrzymują pracownię graficzną (LABOR), zarabiają na zleconych projektach sprzedaży wyrobów, realizują wspólne akcje na mieście. System naczyń połączonych składający się prócz tego jeszcze z innych, zaprzyjaźnionych miejsc: pracowni recyklingowej (robią projekty land-artu i równocześnie sprzedają biżuterię, torebki recyklingowe),  pracowni arteterapii, wypożyczalni rowerów „Velo-sofia”, kilku knajpek. Myślenie łączące sztukę medialną, rzemiosła, smykałkę techniczną i ochronę środowiska. Dzieje się to w podwóreczkach, ogródkach, knajpkach, które ciągną się jak podziemna pajęczyna miasta, jego drugie dno. Udaje im się. W czasie, kiedy Pécs był europejską stolicą kultury, zbudowali specjalną przestrzeń na jednej z głównych ulic, konstrukcję z drzewa o obłych, niemalże secesyjnych kształtach, w której działali przez cały sezon. Teraz spodziewają się przekazania nowej przestrzeni przez miasto.
Spółdzielnia artystyczna. Porównując ich sposób działania z naszym rzuca się w oczy stopień wzajemnego zaufania, na którym się opierają. Wzajemnego zaufania, które u nas – tak się wydaje – nie jest w zasięgu możliwości. Czerpią dodatkową siłę ze współpracy, bo kto mniej energii poświęca na obronę, zabezpieczenie swojej pozycji, jest w stanie jej więcej poświęcić na działanie. Ale potrzebna jest inna struktura myślenia: przejście od hierarchicznej struktury, w której ważna jest prawda nadrzędna, do poziomej, w której ważna jest wielość i współdziałanie. Nie da się tego robić z dobrej chęci, potrzebne są umiejętności: przejrzystość i dobra komunikacja.
Nasze własne działania w Pécsu to spektakl „Woda 2030”, pokazany w „Domu sztuki”, dość konwencjonalnej, ale sprzyjającej sali z klimatyzacją (co ważne w upale do 40 stopni). Po spektaklu spotkanie, rozmowy, żywe zainteresowanie, pytania. Niespodziewanym przedłużeniem wieczoru było przypadkowe spotkanie następnego dnia: Idąc po mieście zwróciłyśmy uwagę na sklepik ze starymi misiami. Było ich pełno: siedziały na ulicy, szczelnie wypełniały witrynę, wielkie, malutkie, z każdego możliwego rodzaju materiału. W środku osoba z wczorajszej widowni. W rozmowie okazało się, że to magiczne miejsce nie jest sklepem tylko pracownią psychoterapeutyczną. Anna Maria Horvath używa swoje misie do terapii wg metody „Play back theatre”. 


Erdmute Sobaszek


wpis Karoliny

21.08., Nowica


W Nowici w chałupie Mirka siedzę na ławce u piece, wokół zostawione naczynie po kolacji, opuszczone kwiatuszki na stole, osy bzyczące nad ostatkami melona. Cisza, tylko w drugiej sieni w Kosiku na sienie oddychają małe kotki. Co chwile dotąd zalecają odrywki muzyki i śmiechu z chałupy spoza kopca. Tam przy ogni się tańczy i śpiewa, ludzie rozmawiają.
Te dwa dni tutaj, już w podróży ale jeszcze przed wyjazdem z Polski dali coś ważnego . Więcej mi się uświadomiło że wyjeżdżamy, że będziemy próbować pokazywać nasze myśli ludziem z innych krajów, kontaktować się z dziećmi i dorosłymi z innych kultur, z innych krajobrazów. Jest troche we mnie strach czy uda nam się tego kontaktu z nimi, czy zrozumieją naszych spektaklu, czy uda nam się jich wkręcić do wspólnych tańców i zabawi, czy radość i otwartość dają zaistnieć głębszemu spotkaniu.     
Nad nami niebie jak z bajki, tysiące gwiazd. To niebo będzie nas prowadzić w naszej podróży. Zawsze zostaje tym samym niebem ale będzie się zmieniało. Też my  będziemy się zmieniać w czasie  wyprawy. 

Karolina Placha

czwartek, 25 sierpnia 2011

 Nowica 9

Wiązówka (rośnie w Nowicy). Ludzie mówią, że zastępuje aspirynę

Karawan c.d.


20. - 21.08.

Pierwsza próba spektaklu, rozpakowujemy maski, parawan. Jesteśmy w Nowicy, próbujemy w szkole. Mirek Ładoś rozwiesił dla nas wielką mapę Europy, i teraz wreszcie widać wyraźnie jak na dłoni: podróżujemy na południe dokładnie wzdłuż równika (nie licząc bocznego skrętu do Pecs)
Nowica: miejsce – księga. Idylla górska z dramatem w tle. Projekcją marzeń i niełatwym miejscem do życia. Ile razy tam już byłam – nigdy nie było tak, że w domu Nowica 9 byli sami tylko gospodarzy. Zawsze jeszcze goście, mniej lub bardziej tymczasowi współmieszkańcy. Ktoś, kto – z różnych powodów - postanowił tu żyć przez pewien czas. Z powodu zmęczenia czymś, z potrzeby przemyślenia czegoś, z tęsknoty za światem Innym. Przez okres czasu dłuższy lub krótszy, przez czas jaki – widać – jemu potrzebny.
I nam potrzebny był mały kawałek tego nowickiego czasu. Został nam udostępniony razem z miejscem do spania i miejscem do prób. Szkołą, która przez wiele lat była najmniejszą szkołą w Polsce i która od tego roku już szkołą nie będzie. Wszystko tu ma swoją historię, historię długoletniego, niełatwego „układania się” pomiędzy ludźmi. Szkoła, dom Mirka i dom „Muzykantów”, który kiedyś był domem wiejskiego bębnisty, Janka Szymczyka. (Mało kto tutaj był „od początku”, nawet Jan Szymczyk, który sprowadził się tu z Ropicy już po akcji Wisła.) Nic więc dziwnego, że pozyskanie klucza zajmuje czas. Próba odbywa się i przedpołudniem i popołudniu. Opracowujemy nowe wersje językowe spektaklu, układamy sceny na nowo. Do grupy dołącza Zosia Bartoszewicz, jesteśmy teraz już w komplecie.
Przenosimy się na dół do „Muzykantów”. I do sceny. Dom Szymczyka jest położony nad zakolem rzeki. Kiedy w latach osiemdziesiątych uczyliśmy się od pana Janka pierwszych utworów, słychać było za oknem granie wody na kamieniach rzeki. Nadaliśmy naszej małej, tymczasowej orkiestrze nawet nazwę „Szum Strumyka”. Kiedy po latach wprowadzili się tu ludzie z „Zabrzańskiej Orkiestry Rokowej”, muzyka musiała zagłuszyć strumyk na jakiś czas. Zaczęły się letnie festiwale, nad rzeczką siadywała publiczność a kapele grywały w otwartej sieni łemkowskiej chyży z grubych bali. W lecie muzykowanie trwa co noc, gatunki się mieszają: rok, jazz, muzyka elektroniczna. Dopiero trzy lata temu powstała osobna, zadaszona scena. Scena? Rzecz niepodobna do niczego, co łączy się z potocznym wyobrażeniem konstrukcji tego rodzaju: dzieło sztuki z białego płótna i gałęzi, skrzyżowanie kosza, namiotu i poszycia pradawnych wozów cygańskich. Przestrzeń Osobna, rozświetlona w nocy niczym wielki, chiński lampion. W nim – instrumenty, wszelkie sprzęty muzyczne, mikrofony, perkusja. Skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa wykonując razem z Mirkiem i Mateuszem kilka frejlachsów i tańców. Na dole pod sceną odbył się krótki, „Ostry kurs tańca”. Przeniesienie naszej muzyki, wyrosłej na brzmieniu akustycznym, w technologię estrady było pociągające ale nie było oczywiste. Dopiero wokalizy Zosi z akompaniamentem rokowej gitary basowej i perkusji współgrały w pełni z możliwościami technicznymi miksera. Tworzenie na gorąco. Dobry początek, świetna atmosfera w Nowicy. Nie było powodu, żeby nie urządzić następnego dnia otwartej próby teatralnej na łące przez domem Szymczyka. Maski z „Wody 2030” w promieniach zachodzącego słońca, publiczność malowniczo rozmieszczona na trawie, na ławkach i na dachu domu. Pokaz przechodził w mini-warsztat: improwizacje dzieci z użyciem naszych masek! Niektóre role nie do zapomnienia: Mieszko jako rozbójnik z nożem, 5-letnia Nawojka jako mała czarownica o zwierzęcej twarzy. Najmniejsza, Hania, nie wytrzymuje, boi się masek. Historia Hani i jej mamy, żyjących na co dzień w ośrodku dla kobiet w Częstochowie – to jeszcze jedna z historii ludzi, którym Nowica daje swoją przestrzeń i czas. Kończymy wieczór tym razem wcześnie – następnego dnia czeka nas wczesna podróż.

Erdmute Sobaszek

niedziela, 21 sierpnia 2011

Karawan Południa

Węgajty – Nowica – Pecs – Virak – Shkodra

19 sierpnia – 15 września 2011

19. 08.

Festiwal powoli przechodzi w wyprawę. Ostatnie dni – nerwowe podsumowania, kartkowanie dokumentów, cykanie klawiatury, wpatrywanie się
w kratki tabel – w kanciasty, zgeometryzowany cień rzeczywistości spotkania, niewymiernej i niezmierzonej. Na festiwalu śpiewaliśmy, tworzyliśmy znaki, rozmawialiśmy.
A odbiciem naszego cielesnego w tym byciu są koszty dojazdów, jedzenia, papieru toaletowego …
Papierowa Matrix krok w krok za nami dąży ku doskonałości, chcąc (kto wie)
w końcu zastąpić samą rzeczywistość. Pomieszane to wszystko z działaniami
ku przyszłości: wyszukiwaniem trasy i połączeń, obliczeniem kursów walut, pakowaniem rekwizytów.
Podróż się zaczyna nie wiadomo w której chwili. A co ważne: nasz Karawan
nie będzie dla nas wcale  rzemianą poczucia pewności, stałości, osiadłego trybu życia w jego przeciwieństwo – stan ciągłej gotowości podróżnika. W Olsztynie rozpoczęły się działania w kierunku wywrócenia do góry nogami całego systemu finansowania kultury. Kiedy wrócimy, prawdopodobnie nie będziemy już mieli przed sobą perspektywy stabilnego funkcjonowania. Skończyła się wola wypłacania nam comiesięcznych pensji. Zawiść? Kryzys ekonomiczny? Trudno ignorować sygnałów desperackiego oszczędzania w obszarze publicznym. Płynne czasy. Kryzys jest
nie tylko w Grecji, i coraz trudniej to ukryć. Trudno jednak nie bać się nieudolności
i krótkowzroczności poczynań administracyjnych rozpoczętych ponad głowami ludzi. Społeczeństwo pozbawione tkanki komunikacji poprzez kulturę to wizja czegoś takiego, co powstało w Londynie, kiedy młodzi ludzie zaczęli bez ładu
i składu wynosić rzeczy ze sklepów.

Nieudolność administracji nie zwolni nas jednak od zadawania sobie pytań o to jak będziemy działać
w tej zmienionej rzeczywistości. Będziemy chcieli bronić autonomii sztuki.
I równocześnie będziemy chcieli budować powiązań, krwioobiegu sztuki potrzebnej. Pierwszy odcinek trasy to spotkanie w temacie: krótki warsztat mediacji, przeprowadzony dla nas dwojga (Wacka i mnie) przez Konrada Sobczyka. Ćwiczenie z uporządkowania myśli, rozpisanych na kolorowych, owalnych karteczkach i rozmieszczanych na ścianie, tworzących tam nowe konfiguracje. Neutralna postawa Konrada w połączeniu z jego przenikliwością tworzy nowe przestrzenie, robi miejsce na myśli niegotowe i myśli często – z powodów taktycznych – przemilczane. Trudno powiedzieć, czego się spodziewałam po warsztacie, może umiejętności precyzyjniejszego widzenia drugiej strony konfliktu? Niespodzianka polega na tym, że to nowe doświadczenie: rozmawiać z kimś,
kto zachowuje neutralność. Uświadomiłam sobie nagle, że nie w każdej „potocznej” rozmowie tworzymy albo konfrontację albo sojusze z naszymi rozmówcami.
Do tego, żeby rozmówcę „przeciągnąć na swoją stronę” służy mnóstwo mniej
lub bardziej świadomych zagrywek. A zagrywki te – uwaga – ograniczają nasze
myślenie.

E.S.

czwartek, 12 maja 2011

środa, 20 kwietnia 2011

Drodzy nasi blogowi czytelnicy! Przykro, że dawno nic nie było, ale wreszcie jest, nazbierało się! Teksty, zdjęcia i filmy: z pierwszego warsztatu Innej Szkoły Teatralnej, kolędowania i szopki noworocznej. Zwłaszcza godne polecenia improwizacje do wiersza Wei. Można je zobaczyć
w filmie o szopce. Z tekstów rozmaitych rund wybraliśmy najpierw Zosi Bartoszewicz, tekst
o wyłączaniu telewizora. Dla nieznających sprawy wyjaśnienie: otóż wyłączamy telewizor niekiedy w czasie kolędowania. Gdy gospodarz po wpuszczeniu nas zapomni go wyłączyć,  wtedy my to robimy, dyskretnie, ukradkiem, by nie odwrócić uwagi od najwazniejszego.
Krótszy tekst impresyjny następuje potem, jego autor Moti Ashkenazi wykreował w tym roku nową wersję  najbardziej charakterystycznej, lecz uwikłanej w stereotypy postaci kolędniczej. Mozna by rzec; a to dopiero niestereotypowa wersja! Zobaczcie na zdjęciach, oraz w filmie Menachema Dauma, który niestety jeszcze nie na blogu, ale niedługo będzie, w tej chwili jest  drodze, wysłany dwa dni temu z USA.

W.S.


Kiedy wyłącza się telewizor, zmienia się optyka.
Uwaga przenosi się, ogniskuje, na tym, co się dzieje na żywo,
pomiędzy ludźmi, pośrodku kuchni czy pokoju.
Kiedy wyłącza się telewizor, z własnej woli, znaczy,
że warto zaryzykować odstępstwo od normy, a to już naprawdę coś.

spotkanie, wspólne bycie, wzajemność...
Wyznawanie wartości przychodzi dużo łatwiej niż ich praktykowanie.
Kolęda to praktykowanie wartości.

Magia czyli prostota.
Koza, która zmartwychwstaje, końcówka króla Heroda,
wyśpiewywane kolędy-życzenia dla Gospodyni i Gospodarza,
w każdym domu właściwie to samo, a jednak za każdym tu i teraz,
specjalnie i tylko dla tej rodziny, nie innej.
To dla mnie ważne, żeby ludziom dobrze życzyć.
Podczas kolędowania to staje się oczywiste, proste i odświętne zarazem.

Im się więcej z siebie daje, nie tyle forsując, co nie ściemniając,
tym bardziej można się poczuć obdarowanym.

Kolęda może się wydarzyć wtedy kiedy otworzą przed Tobą drzwi.

Kolęda - doświadczanie radości, jej wspólnotowego wymiaru.

A co jeśli nie otwierają drzwi?

Kolęda – doświadczanie zniechęcenia, rodzącej się frustracji,
z którą trzeba coś zrobić samemu/samej, bo nikt za mnie tego nie zrobi.

U Państwa Grabów przed chwilą odczuwane zniechęcenie staje się odległą
przeszłością. Energia zaczyna wracać, krążyć, coraz szybciej wibrować.
Podejrzewam, że wychodząc z tego domu, w którym wydarzyła nam się
ta wspaniała kolęda, i w którym najhojniej okazano nam wdzięczność,
każdy z nas czuł równie ogromną wdzięczność wobec Gospodarzy.

Próba w teatrze i później w Nowicy, kiedy improwizowaliśmy z wierszem Wei
i pozostałymi textami,
to dla mnie jedne z naszych odśrodkowych działań.

Smarowanie twarzy sadzą, moment zmiany.

Bliskie spotkanie tego, co lokalne z globalnym...
Ubiegłoroczne zdarzenia wybrane jako najważniejsze,
splecione z myślą Malidomy Some, szamana afrykańskich Dagarów,
okrągły stół z opowieści Jana, przy którym zasiedli przedstawiciele stu dwudziestu narodowości, żeby odpowiedzieć na sto pytań zebranych z całego
świata.

Świętowanie tego samego dnia Bożego Narodzenia i szabasu.

Szkoła w Nowicy, dwa muzyczne i nie tylko, światy,
a może raczej, jeden świat i dwa jego aspekty, które spokojnie sąsiadowały,
nie przeszkadzając sobie w niczym.
Można było swobodnie przechodzić z jednego w drugi, a kiedy uchylało
się drzwi, dochodzące dźwięki były jak powiew orzeźwiającego powietrza.

                                                                          Autorka: Zofia Bartoszewicz


węgajty
it starts already on the way there
feeling of adventure, meeting new people, meeting old friends
passing in central stations and trains with meaning and direction.
changing from hardcore city to peaceful village.
walking in the dark with snow till the knees.
and then fire place and a worm welcome ...
it's about eating together like a big family (kisses to ella)
it's the well known surprises !
the exercises, the singing, the dancing, the music, 
the openness and the space to create
it's the faces of people when they see us
inspiration, motivation, connection, laugh, shock, smile and tears
it's amazing movie, fantastic reality, beautiful dream.
and finally it's about the little ventilator up there... ;)
keep on going, running, surfing, dancing, flowing and flying...

                                                                  
                                                                       Autor: Moti Ashkenazi

Link do zdjęć:





środa, 5 stycznia 2011

Nagrody

Z okazji Nowego Roku, Fundacja "Ekros" na Rzecz Aktywności Społeczno-Artystycznej, choć ciągle jest jeszcze w trakcie zawiązywania się, przyznała już pierwsze swoje nagrody, zespołową i indywidualną. Kapela "Krótka Polka" otrzymała książkę "1000 Kilometrów Muzyki. Warszawa-Kijów", Wydawnictwo Muzyka Odnaleziona. Barbara Grzybowska została nagrodzona książką Richarda Schechnera "Performatyka. Wstęp", Wydawnictwo Ośrodek Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Teatralno-Kulturowych.

wtorek, 7 grudnia 2010

Ekros

So, what's the next thing about this necessary theatre? And what it is exactly about? Saying: necessary theatre, I
say: „the theatre which is needed”, I point to something, but how about trying to name it directly. I try to think that there can be different kinds of poetics, different conventions in this field. Is there anything that binds them together?
Maybe it is enough that they are necessary, needed, although they are different. Maybe it is even better that way. Yet, there is in us a striving for unification, for something that does not exist yet. A new kind of art? In the melting pot of the workshops, in the meeting and the exchange of different forms of necessary theatre there is a chance to create new energy, new language, new efficacy.
I dreamt „art across”. First there was only: across borders and... crossing borders and something else, with some big luggage, a load of disturbance and struggle, very physical, even pain in the back. In fear, that on an uncomfortable bed I am going to have a sudden attack of mighty Hexenschuss. Fortunately, the bad waking up mood started to fade like morning mist, as it occured to me that something had broken over. And if in the waking state, on the previous day and for many a previoius day I couldn't manage to invent any sensible name for a fundation that we, after all, want to start, why not this „across”? I held on to it like to some saving grace, a piece of wood floating by when you're drowning. Why then? Is not my lingustic competence in English weak, not to say deficient, but still... well, after consulting the dictionary it turned out the phrase was far from the worst. Crossing, reaching the other shore, „across the ocean...”. Many times we thought this way about the function of dance in breaking some problem between people. Theatre which follows the patterns of ritual of passage, the role of mask, of music.
Secondly, across means acting horizontally. That is exactly what we would like to create – as a message for all the Polish theatre – that is theatre under such a strong impression of the epoch-making achievements of Grotowski and Gardzienice. More power and imagination in social work. Maybe we also succumbed too much to the vertical vision of art as vehicle, Gardzienice spiritual journeys. By the way, I must admit, that Staniewski's letter, somehow strangely distributed recently via Internet, a text about a festival of erring theatres, etc., evoked in me a particularily strong alienation effect. It seems our paths have actually gone apart a long time ago. There came the time to finally emhasise that literally. One more meaning of across: that is: cross. Cross not in relation to that or other theatre tradition, as it is difficult to be cross with traditions: they belong to the past. It is like being cross with here and now. Cross with reality, in which some problems cannot be solved by the means of institutionally structured world. And they can be solved by art. 

Wacław Sobaszek
12th November 2010

Translated by Saba Litwińska 

Ekros

Co dalej z tym teatrem potrzebnym? I o co dokładnie tu chodzi? Mówiąc teatr potrzebny, mówię” ten teatr, który jest potrzebny”, wskazuję na coś, ale gdyby próbować nazwać wprost. Próbuję też myśleć o tym, że mogą być różne poetyki, konwencje, w tej dziedzinie. Czy jest coś, co je łączy?
Może wystarczy, że są potrzebne , chociaż różne. Może nawet tak i lepiej. Jednak jest w nas jakieś dążenie do scalenia, do czegoś, czego jeszcze nie ma. Nowy rodzaj sztuki? W tyglu warsztatowym, w spotkaniu i wymianie różnych form teatru potrzebnego jest szansa na stworzenie nowej energii, nowego języka, nowej skuteczności.
Przyśniło mi się art across. Najpierw to było tylko across borders and… przekraczanie granic i czegoś tam jeszcze, z jakimś dużym bagażem, ładunkiem niepokoju i szamotania bardzo fizycznego i nawet bólu w kręgosłupie. W strachu, że na niewygodnym łożu dopadnie mnie zaraz potężny Hexenschuss. Na szczęście złe samopoczucie po przebudzeniu zaczęło się rozmywać jak poranne mgły, bo docierało do mnie, że coś się przesiliło. I jeśli na jawie, poprzedniego dnia i przez wiele dni nie udawało się wymyślić jakiejś sensownej nazwy dla fundacji, którą chcemy przecież założyć, to może właśnie to across? Uczepiłem się tego jak jakiejś deski ratunku. Niby co? No bo z moją kompetencją w angielszczyźnie nie jest przecież za dobrze, a jednak… Cóż, gdy skonsultowałem ze słownikiem, okazało się, że to wcale nie najgorszy idiom. Przekraczanie, dobijanie do drugiego brzegu, „across the ocean… „. Nieraz tak myśleliśmy o funkcji tańca w przełamywaniu jakiegoś problemu między ludźmi. Teatr wzorowany na obrzędzie przejścia, rola maski, muzyki.
Po drugie across oznacza działanie w poziomie. To jest to przecież, co chcielibyśmy stworzyć, jako przesłanie dla całego teatru polskiego - a więc teatru pod tak dużym wrażeniem epokowych osiągnięć Grotowskiego i Gardzienic. Więcej siły i wyobraźni w działaniu społecznym. Może i my sami za bardzo ulegliśmy pionowym wizjom sztuki wehikułu, gardzienickim duchowym wędrówkom. Nota bene, muszę przyznać, że szczególnie silny efekt obcości wywołał we mnie niedawny list Staniewskiego, rozsyłany jakoś dziwnie przez Internet, tekst o festiwalu teatrów błądzących etc. Wygląda, na to, że nasze ścieżki właściwie już dawno się rozstały. Przyszła pora, żeby to wreszcie literalnie zaznaczyć.
Jeszcze jedno znaczenie „across”: w poprzek. A więc w poprzek nie takiej czy innej teatralnej tradycji, bo tradycjom jako przynależnym przeszłości trudno się przeciwstawiać. Chodzi o coś jak w poprzek tu i teraz. W poprzek rzeczywistości, w której niektóre problemy są nie do rozwiązania środkami instytucjonalnie ustrukturowanego świata. A może je rozwiązywać sztuka.

Wacław Sobaszek
12 listopada 2010
teatrwegajty.art.pl. Obsługiwane przez usługę Blogger.